JP2 Rozmowy » JP2 Love rozmowy
JP2 Love rozmowy
Twórz pamięć

Najważniejsza jest świadomość: czuć się potrzebnym
rozmawiał Miłosz Rafał Horodyski


Janina Ochojska - wybitna działaczka humanitarna, założycielka Polskiej Akcji Humanitarnej, organizatorka pierwszej polskiej misji pomocy w Kosowie, Czeczenii, Iraku, Iranie, Libanie, Sri Lance, w Afganistanie, Sudanie Południowym, Darfurze i Autonomii Palestyńskiej.

Często spogląda Pani w gwiazdy?

Janina Ochojska: Jak na astronoma z wykształcenia chyba zbyt rzadko. Kiedyś marzyłam, że będę patrzeć na nie codziennie, marzyłam że będę pracować naukowo, w zaciszu obserwatoriów. I tak sobie wyobrażałam swoje życie. Kiedy czytam o jakichś wielkich odkryciach astronomicznych, to żałuję, że mnie tam nie ma, ale już się z tym pogodziłam. Astronomia wymaga stałej uwagi, nadążania za nowościami. Ja, siłą rzeczy, teraz nie mogę tego robić i czasami po prostu trudno mi zrozumieć to, co się teraz w astronomii dzieje. Mam jednak poczucie, że robię w życiu coś sensownego, a astronomia nie straciła na tym wiele, nie jestem, jak się okazało, typem naukowca. Lepiej się spełniam jako organizatorka, kiedy pomagam innym. Czuję się wtedy potrzebna i wiem, że robię coś, czego inni nie potrafili zrobić. Poza tym, nie spotkałabym na swojej drodze tylu ludzi, którym mogłabym pomóc.

Ilu było takich ludzi?

Ochojska: Na pewno nie więcej niż gwiazd na niebie, ale człowiek gubi się już w tych liczbach. Tak naprawdę liczby nie są ważne. To tylko statystyka. 20 lat działalności, 44 kraje, w których udzielaliśmy pomocy, a ostatnio misje w Sudanie Południowym i Somalii, w Strefie Gazy i na Zachodnim Brzegu, czyli w Palestynie, 400 rodzin poszkodowanych w trzęsieniu ziemi na Haiti, które dzięki nam mają dach nad głową, dzieci z Japonii, które otrzymały dwa odbudowane przedszkola, 300 uchodźców z Syrii mieszkających w Libanie oraz uchodźcy z Libii. Pobudowane szkoły, studnie, wiele programów edukacyjnych, jak edukacja dziewcząt w Afganistanie czy edukacja zawodowa w Sudanie Południowym. W sumie jesteśmy małą organizacją, a przez 20 lat ponad milion ludzi otrzymało od nas pomoc, która dała im samodzielność. Można rzucać kolejnymi danymi, ale nie o to w tym wszystkim chodzi. Nie o skalę. Wróciłam teraz z Kesennumy, gdzie odbudowaliśmy przedszkole zniszczone przez tsunami. Radość tych dzieci, wdzięczność tej społeczności… To było takie budujące. To były pierwsze dwa odbudowane budynki. Duma z mojej strony, że proszę bardzo - my Polacy potrafiliśmy coś takiego zrobić, że tym dwustu dzieciom daliśmy coś, co one zapamiętają na całe życie. Ładne, kolorowe, bezpieczne miejsce. I to jest ważne!

A czy ta potrzeba pomagania nie bierze się właśnie z tego, że Pani osobiście wie, jak ważna jest pomoc drugiego człowieka?

Ochojska: To prawda. Życie w jakiś sposób przygotowało mnie do tego odkąd skończyłam 5 lat. Niewielu, być może, zdaje sobie sprawę z tego, że jestem od dziecka niepełnosprawna. Chodzę o kulach, więc zawsze potrzebowałam pomocy innych. Wcześniej nie chodziłam. Nie było wtedy wózków inwalidzkich. I zawsze musiałam radzić sobie z trudnymi sytuacjami. Poczucie bliskości drugiego człowieka w trudnych chwilach jest bezcenne. Odczułam to szczególnie na studiach, kiedy zaangażowałam się w działalność w Duszpasterstwie Akademickim. Zrozumiałam, że moje istnienie ma sens, gdy jest istnieniem dla innych. Życie tylko dla siebie, w dłuższej perspektywie szczęścia nie daje.

Ale dlaczego zdecydowała się Pani tak daleko szukać ludzi, którym warto pomóc?

Ochojska: Nie ma znaczenia odległość. To sprawa drugorzędna. Nie mogę żyć spokojnie ze świadomością, że codziennie na świecie umiera z głodu 26 tysięcy osób. Nie zgadzam się na to i chcę to zmienić. Nie potrafię też być obojętna wobec ofiar wojen, katastrof naturalnych czy długotrwałego ubóstwa. Wybrałam sobie takie pola działania i przez pomoc, w którą staram się zaangażować jak najwięcej Polaków, chcę też pokazać światu jakim jesteśmy narodem. A samym Polakom, że mogą być obywatelami świadomymi tego, co się dzieje w świecie. Świadomymi swojej siły sprawczej, zmieniania świata na lepsze. Aby potrafili te marzenia o lepszym świecie realizować. Jako naród mamy bardzo duży potencjał. Często niewykorzystany. Ta świadomość cały czas jest za mała. Zarówno w Polsce, jak i w świecie, może się bardzo dużo zmienić, jeżeli przemiana dokona się naszych umysłach. Kiedy zrozumiemy, że kształt tego świata zależy od nas. Kimkolwiek jesteśmy, gdziekolwiek jesteśmy. Czy jesteśmy wysocy, czy niscy, niepełnosprawni, czy sprawni, rudzi. czy ciemni - każdy z nas może w świecie coś dobrego zrobić. Ale ta świadomość własnego potencjału i wiedzy o świecie jest, niestety, cały czas w nas jeszcze za mała.

I Pani chce to zmienić? Udaje się?

Ochojska: Mam świadomość, że Polska Akcja Humanitarna to w zasadzie już instytucja. Gdyby jej w Polsce nie było, to pomoc byłaby rozproszona na kilka niewielkich organizacji, a tak - będąc razem, udało nam się wpłynąć na sposób prowadzenia przez polski rząd oficjalnej pomocy rozwojowej. To też jest dla mnie powodem do satysfakcji, choć nie jestem zadowolona do końca z polskiej polityki rozwojowej. Ale jest jakiś postęp. Mam dość silny charakter. Jeżeli czegoś chcę, to potrafię to zrobić. Zarządzanie ludźmi, co w takiej instytucji jest bardzo ważne, interesuje mnie raczej na poziomie angażowania ludzi do czegoś. Robienia czegoś wspólnie, budzenia entuzjazmu, wiary w to, że coś możemy zrobić. I to się udaje. Obawiałam się, że zdrowie nie pozwoli mi być tak aktywną i czynną, jak byłam kiedyś. W zeszłym roku byłam w Sudanie Południowym i myślałam, że to jest mój ostatni raz, ale w tym roku znowu się udało. Więc mam nadzieję, że jeszcze chwilę to potrwa...

Może po prostu fajnie, fantastycznie jest podróżować? Stąd ten entuzjazm!

Ochojska: To nie są wieczne wakacje, jakby ktoś myślał. Wojna w Czeczenii lub Bośni to raczej ostatnie miejsca do zwiedzania dla turystów. Nawet dzisiaj, jak pada hasło: Sudan Południowy, słyszę, że jest tam niebezpiecznie. Wyjazdy wzięły się stąd, że zaczynaliśmy jako PAH od pomocy ofiarom wojen. Nie mogłam przecież wysłać konwoju do Bośni lub Czeczeni, a sama siedzieć w domu. Tam strzelano, mogło być niebezpiecznie. Na pewno naszej pomocy i wyjazdów do krajów, gdzie są wojny lub były katastrofy, albo do najbiedniejszych krajów, nie można traktować w kategoriach "fajnej podróży".

Można było zginąć!


Ochojska: Można. Była taka jedna chwila, kiedy pomyślałam: szkoda, że to już koniec. Nasz konwój, wracający z Sarajewa, został ostrzelany. Stoczyliśmy się do przepaści, ale auto zatrzymało się na kamieniu tuż nad przepaścią. To absolutny cud. Wtedy pomyślałam, że widocznie Bóg jeszcze do czegoś mnie potrzebuje. Niecałe dwa miesiące później, w tę samą przepaść spadło dziewięciu Francuzów. Nikt się nie uratował.

Mówi Pani: cud?

Ochojska: Niebo jest w nas, a cuda się zdarzają. Życie jest cudem. Ja po prostu korzystam z tego daru, jakim jest życie. Każdy chce być szczęśliwy. Ale szczęście trzeba sobie stworzyć. Nie chcę przez to powiedzieć, że moje życie jest pasmem sukcesów, też mam za sobą trudne doświadczenia. Zachorowałam na polio, czyli chorobę Heinego-Medina, jak miałam sześć miesięcy. Całe dzieciństwo spędziłam w szpitalach i w sanatoriach wśród dzieci niepełnosprawnych. Jeśli ktoś się mazgaił, bo tęsknił za mamą, płakał z bólu, był nazywany beksą. Z kolei kiedy zaczęły się u mnie ogromne problemy z kręgosłupem, byłam już dorosła. Nikt w Polsce nie chciał mnie operować. Uznano, że mój przypadek nie rokuje nadziei. Teraz mam stalowy kręgosłup, który jest usztywniony całkowicie. Ale i z takim kręgosłupem, a może właśnie z takim, można wiele zrobić. Jestem bardzo szczęśliwa w tym miejscu, gdzie się znalazłam i w tym, co robię. Ludzie szukają wytłumaczenia, dlaczego dotknęła ich choroba. Ale zamiast pytać "dlaczego?", lepiej zapytać "co ja mogę z tym zrobić?". Czasem nawet żartuję, że jest mi łatwiej, bo mam cztery nogi i większe oparcie na ziemi.

Czy łatwiej pomagać, gdy ma się za sobą dużą instytucję?

Ochojska: Faktycznie, kieruję firmą, która daje pracę siedemdziesięciu osobom. Do tego dochodzą pracownicy lokalni, zatrudniani na naszych misjach. Ale zaczynałam od zera. Chciałam wysłać konwój do Sarajewa. Miałam potrzebę zrobienia czegoś dla ludzi i kraju, w którym tak blisko mnie była wojna. Najpierw do Sarajewa pojechałam z Francuzami. I nie mogłam tak po prostu wrócić i zapomnieć tego, co tam widziałam. Nie wiedziałam jednak, skąd wezmę ludzi, ciężarówki, pieniądze, dary, jak tam dotrę… Jeśli mi ktoś zadawał takie pytania, odpowiadałam "nie wiem", ale wiedziałam, że muszę to zrobić. Okazało się jednak, że wiara w to, że ja to mogę zrobić - była w zasadzie wystarczająca. Zrobiłam ten pierwszy krok: powiedziałam wobec tysięcy słuchaczy, w radiowej Trójce, gdzie zostałam zaproszona, że chcę wysłać konwój do Sarajewa, że ja to zrobię. I właściwie dostałam wszystko, czego potrzebowałam. Wystarczył miesiąc, żebyśmy przygotowali konwój 12 ciężarówek. Razem z nami pojechali dziennikarze. Dotarliśmy do Sarajewa i potem to, co się dalej stało, było już konsekwencją tego czynu. Poczułam, że jestem powołana do czegoś. Że to jest jakieś zadanie, które zostało mi dane.

Poczuła Pani powołanie?

Ochojska: Nie powiedziałabym, że to jest powołanie. Raczej, że czuję się powołana. Bo to jednak jest różnica. Poczułam bardzo wyraźnie, że ja żyję "po coś". Staram się na to powołanie odpowiedzieć. Wybrano mnie jako Kobietę Europy w Unii Europejskiej. To też był jakiś znak, że powinnam robić dalej to, co robię. Jeżeli człowiek dostaje takie możliwości, to po coś, prawda? Czasem jak o tym myślę, to trochę ogarnia mnie przerażenie, jak ogromna to jest odpowiedzialność. Ale odpowiedzialności nie powinno się bać. Trzeba myśleć o swoich ideach, pragnieniach i je realizować. Myślę o pomaganiu w taki sposób, żeby ludziom tworzyć warunki do samodzielnego rozwoju. Czyli nie dawać im czegoś, tylko raczej pomagać im się rozwijać. Przykładowo, taka studnia, jedna z wielu, które budujemy w Afryce, to jest dostęp do wody, ale jednocześnie ta woda umożliwia rozwój w bardzo wielu dziedzinach, zaczynając od rolnictwa, a kończąc na edukacji, zdrowiu. Bo dzieci zamiast nosić wodę, chodzą do szkoły, więc wpływ takiej studni na życie człowieka jest ogromny.

Od początku Pani wiedziała jak pomagać?

Ochojska: Uczyłam się wszystkiego w trakcie budowania PAH. Jeszcze kilka lat temu w ogóle nie miałam pojęcia, jakie są mechanizmy, które powodują głód na świecie. Myślałem, że po prostu te kraje są takie nierozwinięte, że nie potrafią sobie z tym poradzić. Teraz widzę ten system powiązań i to, w jaki sposób my, swoim życiem w krajach Północy, wpływamy - niestety negatywnie - na życie w krajach Południa. Uświadomiłam sobie to dopiero kilka lat temu. To pomaga mi pomagać mądrzej.

Co jest najważniejsze w pomocy?

Ochojska: Coś, co może wydać się sprzecznością: trzeba mieć empatię, a zarazem zachowywać się asertywnie.. Bo tylko człowiek mający empatię potrafi współodczuwać i zrozumieć sytuację ludzi, którym ma pomagać, i nawiązać z nimi kontakt. Bo pomoc nie może mieć charakteru jednostronnego, to musi być współdziałanie z tymi, którym pomagamy. Ale trzeba również być asertywnym, ponieważ w pomocy należy dokonywać wyborów. Są to bardzo trudne wybory, ponieważ one bardzo często oznaczają życie albo śmierć.

Doświadczyła Pani kiedyś takiej sytuacji?

Ochojska: Kiedyś musiałam dokonać bardzo dramatycznego wyboru, kiedy wyjeżdżaliśmy z Sarajewa i do naszego autobusu wsiadła kobieta z dzieckiem. Gdy przyszłam na miejsce postoju, ona już tam siedziała. Ona wierzyła, że my ją wywieziemy z Sarajewa, a ja ją musiałam z tego autobusu wyrzucić. Bo wiedziałam, że na najbliższym posterunku Serbowie ją wyciągną i zgwałcą albo zabiją, albo i jedno, i drugie. A poza tym wiedziałam, że jeżeli będziemy próbowali kogoś wywieźć, to już nigdy do Sarajewa nie przyjedziemy. To było straszne, ta kobieta klęczała na śniegu, obejmowała mnie za nogi. To było jedno z najdramatyczniejszych moich przeżyć. Ale wiedziałam, że muszę tak postąpić. Gdybym nie wykazała się asertywnością - mogłam przecież sobie powiedzieć: "Ratuję tę kobietę. Być może jej nie uratuję, bo ją Serbowie zabiją, ale podejmuję to ryzyko". Lecz to oznacza, że już koniec z dalszą pomocą, więcej do Sarajewa nie wjedziemy. Nie wiem, co stało się z tą kobietą. Opowiadam o tym młodym ludziom, którzy zaczynają u nas pracować, po to, żeby zrozumieli, że na przykład, widząc w Sudanie gromadkę dzieci w obdartych ubraniach - niekoniecznie mogą im pomóc. Nie zrobią wszystkiego. Nie nakarmią ich wszystkich. Nie opłacą im szkoły. Nie, oni są po to, żeby zbudować studnię, szkołę, żeby prowadzić programy rolnicze. To jest ich zadanie. Tego trzeba się nauczyć w trakcie...

Czuje się Pani taką współczesną Siłaczką?

Ochojska: Mam wrażenie, że moja historia jest mimo wszystko bardziej optymistyczna. Choć, jeśli brać pod uwagę kwestię budowania świadomości, to wierzę w to, że każdy człowiek żyjąc normalnie, wykonując swój zawód - może pozytywnie wpływać na zmiany w świecie, poprzez bardzo proste rzeczy. Musi tylko mieć świadomość. Budowa tej świadomości to jest jedno z naszych bardzo ważnych zadań. Właściwie to my, dzięki zamianom w świadomości Polaków mogliśmy zrobić tak wiele.

Jak sama świadomość może się przekładać na poprawę życia ludzi, np. w Afryce?

Ochojska: W bardzo wymierny sposób. Choćby np. ograniczeniem własnej konsumpcji. Nie kupujmy produktów wytwarzanych przez wielkie koncerny. Ja kupuję w lokalnym sklepie na Kleparzu. Gdyby inni też tak postępowali, koncerny musiałyby to wziąć pod uwagę. Tak, jak zaczęły brać pod uwagę siłę i znaczenie tak zwanego sprawiedliwego handlu. Produkcja żywności została opanowana przez wielkie koncerny, które spekulują żywnością, a wręcz ją niszczą po to, żeby utrzymać wyższe ceny. Mówiąc w skrócie, przyczyną głodu na świecie jest m. in. złe rozłożenie produkcji i dystrybucji żywności. Koncernom nie zależy na nakarmieniu wszystkich ludzi, tylko na wysokich cenach żywności i małych kosztach produkcji. Wykorzystują biedne społeczności i produkują tanio żywność, która potem jest sprzedawana na naszych rynkach. Poza tym, są całe społeczności, które nie mają możliwości produkowania żywności dla siebie, ponieważ np. nie mają dostępu do wody. Woda jest, ale na tyle głęboko, że potrzeba specjalistycznej technologii, żeby ją wydobyć. Jeżeli uświadomimy sobie, co jest źródłem problemów na świecie, takich, jak brak dostępu do wody czy brak dostępu do żywności, to możemy wprowadzić takie zmiany w naszym życiu, które doprowadzą do tego, że z czasem w świecie ta sytuacja się zmieni. A ten czas jest określony liczbą ludzi, którzy mają tę świadomość.

Czy walka zwykłego człowieka z potężnymi koncernami, nie jest skazana na porażkę?

Ochojska: Ktoś, kto ma 20 zł i chce oddać je dla Bośni, sam nie zrobi nic. Ale gdy znajdzie się pośrednik - i pozbiera te 20 zł od kilku tysięcy osób…Naprawdę: niewielkimi środkami, każdy może zmienić świat na lepsze! Na świecie jest około pół miliarda gospodarstw, które utrzymują średnio czterech ludzi. Gdyby je zwiększyć i wyżywić o dwie osoby więcej, problem głodu zostałby rozwiązany. Ale nie zawsze trzeba myśleć w kategoriach, że ja coś muszę dać. Czasami samoograniczenie jest też sposobem wywierania wpływu na kształt rzeczywistości. Warto się czasem zastanowić, czy ja naprawdę potrzebuję mieć co roku nową komórkę? Czy ja muszę żyć zdominowana przez reklamy, które mnie przekonują, że będę miała więcej przyjaciół i będę bardziej lubiana, gdy będę miała jakiś ekstra gadżet? Kupując bardzo tanie dżinsy, zmuszamy kraje Południa do bardzo taniej produkcji. Wykorzystujemy tych ludzi. To nie są mechanizmy, które wymyśliła przyroda czy narzucił Bóg. To my, ludzie. I to mniejszość ludzi. Jeżeli będziemy tego świadomi, to tej mniejszości się skutecznie sprzeciwimy.

Ile możemy zrobić na własną rękę?

Ochojska: Naprawdę sporo. Choćby kwestia marnotrawstwa. Każdy z nas kupuje więcej niż może zużyć. Co trzeci Polak przyznaje się do tego, że wyrzuca jedzenie do kosza. Najczęściej wyrzucane produkty to: chleb, ziemniaki i wędliny. Uważam, że bardzo wiele zależy od postawy indywidualnego człowieka, który nie będzie nadmiernie konsumował. Wystarczy trochę pomyśleć i inaczej podejść do pewnych spraw, żeby zmienić świat. Dla przykładu, zaoszczędzone pieniądze dzięki nie marnowaniu żywności można przekazać organizacjom.

Nie byłoby Pani łatwiej zmieniać świat z perspektywy polityka?

Ochojska: Politycy są powiązani zbyt wieloma interesami i nie są w stanie tego wykonać. Ja nawet nie mówię tego jako zarzut, ale jako proste stwierdzenie faktu. Realną siłą są ludzie. To ludzie muszą sobie to uświadomić, że to oni mają tę siłę. I to nie przeciwko politykom. Bo mechanizmy, które doprowadziły do tego, że ludzie umierają z głodu, to są mechanizmy wytworzone przez człowieka. Gdybym weszła do polityki, straciłabym swoją siłę i mogłabym zrobić o wiele mniej. Proponowano mi wejście do parlamentu, zarówno krajowego, jak i europejskiego. Zawsze odmawiałam, bo uważałam, że nie tędy droga. Politycy tak naprawdę są bezradni. I bardzo często ich poczynania to tylko pozory .

Zawsze Pani stroniła od polityki?

Ochojska: Angażowałam się w powstanie "Solidarności". W stanie wojennym woziłam bibułę, w czym pomagała mi niepełnosprawność. Kiedy wysiadałam z pociągu, mundurowi pomagali mi wynieść na peron kartony, nie wiedząc, że w środku są zakazane książki lub ulotki. Ale to była działalność bardziej antysystemowa, którą prowadzę i dziś. Wtedy też uważałam, ze trzeba zmieniać świadomość.

A nie przychodzi Pani czasem do głowy myśl: ja nie dam rady?

Ochojska: Nie można tak myśleć.

Nie załamuje się Pani nigdy?

Ochojska: Chyba nie. W każdym razie nie przypominam sobie.

To skąd Pani bierze siły na taką aktywność?

Ochojska: Właśnie z pracy. Jeśli wykonuje się coś, co ma sens i czego owoce bardzo szybko się widzi - to naprawdę dostaje się zastrzyk energii. Nie przeszkadza nawet fakt mojej niepełnosprawności. Miałam to szczęście, że byłam wychowywana przez takich ludzi, którzy wszczepili we mnie przekonanie, że jestem takim samym człowiekiem, jak inni. Tylko że mam pewien problem. I albo to zaakceptuję, albo nie.

A czego nie może Pani zaakceptować?

Ochojska: Jest mi jedynie przykro, że ludzie nie potrafią uwierzyć, że ktoś może coś robić po prostu z wiary w to, że można świat uczynić lepszym. Że można robić coś, bo jest się przekonanym o tym, że to coś jest ważne.

Chodzi o plotki, jakie krążą o Pani rzekomym bogactwie?


Ochojska: Podobno mam dwie kamienice w Krakowie. Mam pałac w Warszawie, mam willę pod Magdalenką. I jeszcze w Toruniu coś mam, już nie pamiętam, co. Sporo nieruchomości, prawda? (śmiech). Ja to traktuję jako żart. No bo sama wiem, co mam. Mam rzeczywiście bardzo piękne mieszkanie. To jest dorobek mojego życia, można tak to powiedzieć. Plotkami się nie przejmuję. To, co jest dla mnie ważne, to nie zawieść zaufania ludzi. To, co robię też mnie zobowiązuje do jakichś standardów. Byłam zawsze wychowywana w poczuciu odpowiedzialności za innych, właśnie z powodu niepełnosprawności. Może się to wydać paradoksalne, ale tak nas wychowywano. Nie mogę zrobić niczego nieuczciwego, bo to zniszczyłoby coś niezmiernie ważnego, co już przekracza mnie samą. Człowiek musi sobie zdawać sprawę z tego, że jak coś robi, to zawsze znajdą się tacy, którzy będą uważali, że to nie tak, nie tam, gdzie trzeba, a jeszcze pewnie coś z tego mam. Po prostu tak zawsze będzie i tym nie należy się przejmować.

Pojawiają się też zarzuty do PAH, że angażuje się w pomoc dla bogatszych krajów, podczas gdy nam się nie przelewa...

Ochojska: Proszę pamiętać, że to nie jest tak, że to my - jako PAH - mówimy: "Chcemy pomagać Japonii" i bierzemy na to jakieś pieniądze i Japonii te pieniądze dajemy. My mówimy tak: "Jest katastrofa w Japonii, będziemy apelowali o pomoc, bo pomimo, że to jest bogaty kraj, to dotknęła go taka tragedia, że nie można im odmówić gestu solidarności. Okazało się, że ta katastrofa wzbudziła w ludziach tak ogromne współczucie, że przekazali na PAH dużo pieniędzy. A jak ktoś daje nam pieniądze na Japonię, to my je wydajemy na Japonię. To nie my decydujemy, komu pomagać. My apelujemy, ale jeżeli ktoś uważa, że ta pomoc jest bezsensowna - dla Japonii na przykład - no to nie da. Nam przekazują środki ci, którzy uważają, że pomoc na dany cel jest sensowna. My przecież nikogo nie zmuszamy do dania tych pieniędzy. Każdy ma prawo zaapelować o pomoc na dowolny cel. Panowie, gdyby chcieli, mogą zaapelować o pomoc dla króla Arabii Saudyjskiej i jak ktoś uzna, że ten król potrzebuje pomocy, to da pieniądze. Próbuję uświadamiać ludziom, że to, ile my gdzieś pomocy przekazujemy, zależy w dużej mierze od nich samych. Oczywiście dostajemy też pieniądze z ogólnym napisem "darowizna dla PAH". Wtedy sami decydujemy, co z tymi pieniędzmi zrobimy. Najczęściej albo dofinansujemy akcje, które już prowadzimy, albo otwieramy nową misję, jak w Sudanie Południowym. Poza tym taki jest cel naszej organizacji: pomoc ofiarom wojen, katastrof naturalnych i ofiarom długotrwałego ubóstwa. Okazuje się, że jest bardzo wielu ludzi, którzy chcą to wspierać.

Czy pomoc czasami rodzi pomoc?

Ochojska: Myślę, że tak, bo ludzie, którzy spotykają się w konkretnym celu, zawsze znajdą sposób, by wspierać się wzajemnie. Przykładowo, w Japonii brałam udział w balu cesarskim, na którym była też loteria fantowa. Wylosowałam piękny naszyjnik i powiedziałam: "Sprzedamy go i będziemy budowali polsko-japońską studnię". I już pojawiają się ludzie, którzy mówią: "To my wam chętnie pomożemy". I coś znowu powstaje. Wiem, że tak samo będzie po moim powrocie z Sudanu Południowego i Somalii. W Somalii będę po raz pierwszy - pod koniec zeszłego roku założyliśmy tam misję. Więc po raz pierwszy zobaczę nowe miejsce, gdzie nasza pomoc wygląda zupełnie inaczej niż w Sudanie Południowym. Wprawdzie i tam i tu budujemy studnie, ale odbywa się to w różnych warunkach.. Aby dotrzeć do źródeł wody, w Sudanie Południowym trzeba kopać na głębokość 80 m, w Somalii natomiast aż na 350 m. Za każdym razem takie zetknięcie z miejscową rzeczywistością, obojętnie czy to jest Sudan Południowy, czy polskie tereny powodziowe, zawsze dodaje mi energii do działania i pomocy potrzebującym. Nie jestem osobą, która załamuje się pod wpływem ogromu zniszczeń.

Nie było załamań, ale czy były porażki?

Ochojska: W pomocy humanitarnej zawsze jest uczucie niedosytu. Zawsze można zrobić więcej, dla większej liczby potrzebujących. Jest dla mnie jakąś klęską to, że na pomoc dla Libii zebraliśmy tylko 40 tysięcy złotych. Analizujemy takie porażki, szukamy ewentualnych błędów, żeby uniknąć ich w przyszłości. Natomiast nie było tak, żebyśmy coś zaczęli i żeby się to kompletnie nie udało.

Polska Akcja Humanitarna prowadzi w Somalii program dożywiania dzieci oraz rozpoczyna budowę studni. Projekty PAH w Somalii można wesprzeć wpłacając dowolną kwotę na konto BPH S.A. 91 1060 0076 0000 3310 0015 4960 z dopiskiem: 'Somalia'.

7 Lipiec, 2012
Fotografie: Waldemar Kompała

 




 
Komentarz
Dodaj komentarz















Mapa Strony
JP2 Love 2019 © Judyta Papp Ltd. All Rights Reserved.