JP2 Rozmowy » JP2 Love rozmowy
JP2 Love rozmowy
Twórz pamięć

Jerzy Stuhr - twórczość to służba ludziom

 

 w rozmowie z redakcją JPLove

Jerzy Oskar Stuhr - polski aktor filmowy i teatralny, profesor sztuki oraz reżyser. Zagrał min. Filipa Mosza w 'Amatorze', Lutka Danielaka w 'Wodzireju' i Maksa w 'Seksmisji', a ostatnio rzecznika papieża w zaprezentowanym w Cannes filmie włoskiego reżysera Nanniego Morettiego. Zaliczany do grona czołowych aktorów kina moralnego niepokoju, jednocześnie ceniony artysta teatralny.

Czy w naszym kraju twórcy są doceniani, czy to łatwy chleb?

Jerzy Stuhr: Twórcy... na pewno nie można powiedzieć, że są doceniani. Ta ścieżka zawsze oznacza wielki mozół, wysiłek, nie ma ona nic wspólnego z popularnością. Czy można powiedzieć, że pan Zagajewski, wybitny poeta, jest doceniany, jeśli wydaje pięć tysięcy egzemplarzy? Chcesz nakręcić film, bo jest on dla ciebie niezwykle ważny, ale mało widzów przychodzi go obejrzeć albo nie możesz nawet zdobyć pieniędzy na produkcję - czy jesteś wtedy doceniony? Ja nie mogę nakręcić filmu od czterech lat - filmu wydartego ze mnie, opisującego moje życie. Nikogo to nie interesuje, telewizja nawet rozmawiać ze mną nie chce. To zawsze będzie niedocenione, choć ten wysiłek jest czasem odwzajemniony, taką nagrodą są dla mnie wieczory w teatrze, które przeżywam. Mimo to w żadnym wypadku się nie skarżę. Myślę, że prawdziwy twórca i tak by tworzył, choćby nie wiadomo jakie przeszkody by przed nim stały. On nie patrzy, czy jest doceniony czy nie, on musi. On musi być dla ludzi, komunikować się z nimi. w tych kategoriach trudno jest mi osądzać, bo ja i tak bym to robił. Polacy już kilka razy próbowali zrobić film o Janie Pawle II.

Próby były udane?

Stuhr: Jestem z wykształcenia polonistą i kazano nam na pierwszych latach studiów czytać dużo utworów hagiograficznych, zwłaszcza średniowiecznej literatury. i od tego czasu mam niechęć do hagiografii, a filmy o papieżu bardzo łatwo wpadają w tę niszę utworów uświęcających. Nie potrafiłbym na przykład opowiedzieć takiej gloryfikującej, bezkrytycznej historii - wolałbym mówić o Duchu, którego można by przenieść. Mówiłem już o tym trochę, tutaj można zacytować list, który papież do nas, artystów, napisał. Twórczość jest obowiązkiem. Jeżeli Bóg dał komuś taki dar, którego inni ludzie nie mają - nie nazywam tego talentem - dar, uzdolnienia, coś, co wyróżnia, to obowiązkiem tego człowieka się tym dzielić. Nie może być tak, że ktoś powie 'ja dziękuję, już nic nie robię'. Trzeba, bo to jest obowiązek, służba! To jest jakaś służba ludziom, a przynajmniej ja to tak pojmuję. Brałem udział raz w filmie, gdzie właśnie udało się dotknąć Ducha i nie było to o papieżu. To był film pana Zanussiego 'Z dalekiego kraju'. Tam papieża właściwie nie było - to była opowieść o ludziach, którzy działają w jego Duchu. Coś takiego właśnie by mnie interesowało, natomiast projekty, gdzie aktor mniej lub bardziej umiejętnie jest przebrany w białe sukienki, to mniej.

Pytam o to między innymi w kontekście filmu 'Habemus papam', gdzie zagrał Pan rolę watykańskiego rzecznika.

Stuhr: 'Habemus papam' jest filmem przede wszystkim o człowieczeństwie. o brzemieniu odpowiedzialności i umiejętności publicznego przyznania się, że nie jest się na wysokości zadania. Żeby ci politycy tak potrafili... chciałem ten film nawet w Sejmie pokazać, ale bez większych rezultatów do tej pory.

Jest w tym filmie też miejsce na podejście do spraw sacrum z delikatnym przymrużeniem oka. Czy sądzi Pan, że Polaków stać na taki dystans?

Stuhr: Umiejętność mówienia o sprawach poważnych w humorystyczny sposób jest wielką tradycją kina włoskiego. To przedziwne, że oni mają taki stosunek do wiary. Potrafią żartować z niej, co wcale nie oznacza, że ją tracą. U nas to od razu jest traktowane jak bluźnierstwo. Musiałem się tego długie lata uczyć we Włoszech, mieszkając tam, pracując, spotykając się z ludźmi, odkrywając ducha wielkiego mistrza Felliniego. Film 'Habemus papam' podchodzi do tematu humorystycznie, bo to są właśnie Włosi.

Czy wobec tego polskich twórców stać na podobne ciepło i humor?

Stuhr: Stać. Tylko że nasz humor jest bardzo zabarwiony złośliwą groteską. Nasza tradycja jest tradycją Gombrowicza, Witkacego, przedtem satyryków Oświecenia - Krasickiego, Jezierskiego. Można by się tak cofnąć aż do Reja. Tak, tradycję mamy, natomiast w sprawach nie tyle wiary, co Kościoła, nie potrafimy żartować, bo jak pozwalamy sobie na żarty, to od razu narażamy się na przypięcie łatki bluźniercy.

Tutaj jesteśmy niewątpliwie zerojedynkowi.

Stuhr: To jest nasz mankament, jakiś polski kompleks, z którego trudno się wyzwolić, co próbował zrobić właśnie Gombrowicz. Musiałem się tego długo uczyć. Pamiętam, jak rozpoczynał się konkursowy seans mojego filmu 'Historie miłosne', było to na festiwalu w Wenecji. Siedziałem z twórcami na balkonie w pierwszym rzędzie. Zaczyna się film, gdzie pojawiam się jako ksiądz w sutannie. Jedna pani za mną, która nie wiedziała, że tam siedzimy z twórcami, bo trochę się spóźniła, mówi do swojej koleżanki 'O Jezu, znowu ci Polacy o tym swoim nudnym katolicyzmie będą opowiadać'. z tym że jak już w drugiej scenie dowiedziała się, że ksiądz ma dziecko i to dziecko się do niego zgłasza, to już zaczęła z uwagą oglądać. na końcu, jak zobaczyła, że to ja, twórca filmu, siedzę przed nią, podeszła i ucałowała mnie. Za to, że właśnie trochę inaczej zobaczyłem przedstawiciela władzy kościelnej. W tym duchu idzie również 'Habemus papam'. Nanni Moretti, reżyser filmu, poznał mnie właśnie poprzez 'Historie miłosne', które dystrybuował w Rzymie. Ten film leciał u niego w kinie ponad miesiąc. To wcale nie musi być film o Janie Pawle II, aby ocalić Ducha. Myślę, że naszemu papieżowi, którego miałem wielki zaszczyt poznać osobiście, właśnie ten rys humoru by się podobał, to był bardzo dowcipny człowiek.

Karol Wojtyła również był aktorem za młodu, co potem zaowocowało charyzmą i umiejętnością dialogu z wiernymi. Wobec tego chciałbym zapytać, w jakiej sztuce, gdyby miał Pan taką możliwość, chciałby Pan zagrać z papieżem?

Stuhr: Trudno mi wybrać jakiś konkretny tytuł, ale to na pewno powinna być sztuka, w której można by zaprezentować ogromne umiejętności oratorskie i piękno języka, którym nasz papież wspaniale władał. Wszak formacja teatralna, z której się wywodził, to byli mistrzowie słowa. Pani Danuta Michałowska, jego najbliższa koleżanka, uczyła mnie w szkole teatralnej wiersza. To jest właśnie to pokolenie Teatru Rapsodycznego i umiłowania polskiego słowa. Szukałbym właśnie takiej sztuki, gdzie można by ukazać piękno polskiego języka. Często żartuję, że jedyne, co się Polakom naprawdę udało w historii, to język. Jest wspaniały, tak precyzyjny, że czasem się dziwię, jak to możliwe, że przy tym naszym niechlujstwie udało nam się stworzyć tak piękny język. I na takim gruncie właśnie byśmy się z papieżem najpewniej spotkali.

A zatem tam, gdzie pierwszą rolę na scenie gra słowo.

Stuhr: Słowo i idące za nim uczucia. Tak postrzegałem Teatr Rapsodyczny. Miałem to wielkie szczęście, że jako młody gimnazjalista mogłem być na spektaklach Mieczysława Kotlarczyka. Biskupa Wojtyły już wtedy nie było, ale byli jego koledzy.

Czy mógłby Pan opowiedzieć o swoim spotkaniu z papieżem?

Stuhr: To były dwa spotkania, jedno w 1981, drugie natomiast dwa lata później. Pierwsze spotkanie było w ramach wizyty Teatru Starego. Papież przyjął nas wtedy jako kolegów z Krakowa na osobnej audiencji, po wszystkich swoich obowiązkach. Rzecz jasna każdy z nas chciał Mu coś powiedzieć, a ja miałem ku temu bardzo ważny powód. Pani Danuta Michałowska, moja profesor, a potem mój rektor w szkole, organizowała pierwsze, prawie nieoficjalne, dni kultury chrześcijańskiej w Krakowie. Pamiętam, że występowaliśmy w Kościele Mariackim przed ołtarzem Wita Stwosza, a ona miała maszynopisy niepublikowanych jeszcze wierszy Karola Wojtyły, które on jej dał. Tam był wiersz z tomu 'Myśląc Ojczyzna'' właśnie pod takim tytułem, właściwie była to proza poetycka. i ona dała mi ten tekst do powiedzenia. Tekst, którego nigdzie nie można było tego sprawdzić, zweryfikować, to nie było wydane jeszcze. Czytam 'Ojczyzna - kiedy myślę - wówczas wyróżniam siebie i zakorzeniam'. To zostało nagrane, wysłane do Watykanu, więc papież na pewno tego wysłuchał. To było pierwsze wykonanie jego nowych wierszy. Po tym występie cisza. Jestem później w Rzymie przy jakiejś innej okazji, patrzę, w księgarni na półce leży 'Pensando Patria', Karol Wojtyła. Myślę sobie 'O, przetłumaczyli już ten tomik na włoski, pewnie jest tam też ten wiersz!'. Kupiłem od razu, czytam i tu zimny pot mnie oblewa, cierpnie skóra, bo widzę, że to nie jest 'wyróżniam się i zakorzeniam', tylko 'wyrażam siebie'. Błąd maszynowy, ale jakże ważny błąd znaczeniowy! Co innego 'wyróżniam', przecież wtedy jakiś nacjonalista to mówi, zaś 'wyrażam siebie', to mówię jako Polak w ojczyźnie. Myślę, 'Boże, jestem skończony, takiego byka to aktor zawodowy nie może strzelić. Co ja będę tłumaczył, że to był maszynopis...'. i właśnie w czasie tej wizyty w Watykanie, myślę sobie, że mam jedyną okazję, żeby Mu o tym jakoś szybciutko powiedzieć. Podszedłem i mówię 'Ojcze Święty, ja chciałem tylko przeprosić za pomyłkę w wierszu 'Myśląc Ojczyzna'', bo powiedziałem 'wyróżniam' a nie 'wyrażam'. On na to się uśmiechnął, mam takie zdjęcie nawet, jak się śmiejemy obaj, i mówi 'Pomyłki, proszę pana, ileż razy człowiek się na scenie pomyli...'. Wizyta trwa, wszyscy rozmawiamy, tam Andrzej Wajda, tam inne wielkie nazwiska, słowem - wszyscy luminarze naszego teatru. Już wychodzimy, a papież tak mnie złowił wzrokiem, wszyscy stoją w takim pięćdziesięcioosobowym kręgu, a on mówi 'Ma pan okazję poprawić. Czy mógłbym usłyszeć ten wiersz jeszcze raz?'. i to był mój najgorszy występ w życiu - tekst długi, do tego niepowtórzony i jeszcze presja. z jednej strony - mówisz przed Ojcem Świętym i to w tamtych latach jeszcze. Ponadto mówisz przed autorem! do tego mówisz to wśród kolegów, którzy też się na tym znają. I mówisz. Wybrałem metodę, że cichutko zacząłem do niego mówić 'Ojczyzna - kiedy myślę - wówczas wyrażam siebie i zakorzeniam, mówi mi o tym serce...' i tak z linijki na linijkę, z wersu na wers, zaczynam się rozszerzać, cisza się zrobiła, wszyscy słuchają. Czuję, że nie dobrnę do końca, nogi mi tak drżą, nie ma się o co oprzeć. Dobrnąłem więc do jakiegoś akapitu i powiedziałem 'Ojcze Święty, nie będę mówił dalej, bo wzruszenie odbiera mi panowanie profesjonalne nad tym tekstem'. a on mnie wziął, uścisnął, przytulił i powiedział 'Rozumiem. Jako aktor, synu, cię rozumiem.' Tak też wyglądało nasze pierwsze spotkanie. Oczywiście, jak tylko wyszliśmy, koledzy od razu zaczęli się wyzłośliwiać 'No tak, jakbyś powiedział wiersz do końca, to byłoby po prostu, że jakiś aktor powiedział wiersz przed papieżem, ale ten aktor nie skończył z emocji! To wszyscy będą pamiętać'. Oczywiście na drugi dzień już była relacja w 'Osservatore Romano' . Tak też wyglądało pierwsze spotkanie. Drugie natomiast... kiedy byłem rektorem w szkole teatralnej, wydaliśmy książkę - korespondencję z czasów wojny między Mieczysławem Kotlarczykiem i Karolem Wojtyłą - właściwie jeszcze chłopcem wtedy. Wydanie tego uważaliśmy za nasz obowiązek. Aliści, zarządziłem, nie wiem nawet czemu, żeby jeden egzemplarz oprawić w skórę. Nagle w styczniu gdzieś przybiega do mnie sekretarka i mówi, że telefon z Watykanu:
- Tutaj ksiądz Dziwisz, dzień dobry panie rektorze.
- Dzień dobry księże Stanisławie.
- Podobno żeście książkę wydali, listy papieża do Kotlarczyka.
- Wydaliśmy, zgadza się.
- a nie chcielibyście może wręczyć tego papieżowi?
- Naturalnie, ale kiedy byłaby możliwość?
- w niedzielę.
- Ale jak?
- w niedzielę proszę czekać. Szósta rano pod Spiżową Bramą.
A jest środa, czy wtorek! Wobec tego wraz z panem Tadeuszem Malakiem, który był nie tylko pedagogiem u nas w szkole jak i współredaktorem tych listów, ale również aktorem, który po Karolu Wojtyle grał wszystkie role w Teatrze Rapsodycznym, gdy tamten poszedł do seminarium i już opuścił teatr. To właśnie Malak, młodziutki wtedy, grał jego role. Jedziemy z panem Malakiem w sobotę do Rzymu. Ja Rzym znam, więc wiem, jaki hotel wybrać, gdzie się zakotwiczyć i tak dalej. Nazajutrz o szóstej rano meldujemy się pod Spiżową Bramą. Najpierw uczestniczymy w mszy, ksiądz Dziwisz, wówczas jeszcze był księdzem, mówi 'Panie rektorze, a można prosić, żeby Słowo Boże przeczytać? Myślę sobie 'Rany boskie, przed papieżem znowu...'. Koniec końców czytałem Ewangelię w tej prywatnej kaplicy. Tam było raptem piętnaście osób. Jakieś dziewczęta z Białorusi, dwóch księży, paru księży z Polski, profesor z amerykańskiego uniwersytetu... i my. Po mszy dajemy książkę, zamieniliśmy jeszcze parę słów i już wychodzimy, a ksiądz Dziwisz nagle mówi 'A nie zjedlibyście może obiadu z papieżem? Przyszlibyście tu na obiad, trochę się rozerwiemy, prosimy o pierwszej wrócić'. Chodzimy więc po tym Placu Watykańskim, mówię do żony, że tam pewnie będzie z dwieście osób, to po prostu znikniemy w tłumie. Przychodzimy o pierwszej, znowu przez te schody, ci Szwajcarzy w ruch ze swoimi halabardami - także potem w 'Habemus papam' ja już dobrze wiedziałem, gdzie ja jestem. Wchodzimy, a tam siedzi kardynał Deskur, już nieżyjący dzisiaj. Deskur, my i dwóch sekretarzy - Dziwisz i drugi taki młody sekretarz, koniec. Siadamy więc do obiadu naprzeciwko papieża... na szczęście był Tadeusz Malak, który mógł mówić właśnie o tamtych czasach, ja opowiadałem dużo o szkole, jak to się rozwinęło. Papież zaś, już wtedy bardzo źle mówił, patrzy na mnie i mówi 'Ja pana widziałem w Starym, w 'Dziadach', pamiętam tamten spektakl'. o ile mnie poczucie humoru w tym momencie nie opuściło w tym momencie, to myślę, że muszę to powiedzieć 'Ojcze Święty, tylko że ja tam grałem Belzebuba, przepraszam.'. i widzę, że on w oczach się uśmiecha, bo już nie mógł się śmiać przez ten grymas i mówi 'Proszę pana, ról się nie wybiera', po czym wskazał na siebie. Obiad toczył się dalej, po drodze okazało się, że mamy trochę wspólnych znajomych... Potem ksiądz Dziwisz nam podziękował, mówiąc, że zaprosił nas w nadziei, żeby trochę papieża rozweselić. Tak bardzo chciał usłyszeć, co się dzieje w Krakowie i w tych kręgach teatralnych, do których on przecież nie ma dostępu. Tak też wyglądało drugie spotkanie, trzecim był pogrzeb, to również pamiętam. Dzwoni Ziejka, wówczas rektor Uniwersytetu Jagiellońskiego i pyta, czy chcę jechać na pogrzeb, a miał być za dwa dni albo następnego dnia. Polecieliśmy nazajutrz. Atmosfera tego dnia... ja znam plac Świętego Piotra, tam nigdy nie wiał wiatr, to jest po prostu taka niecka, w ogóle Rzym jest jedną wielką niecką, a do tego ta palisada okalająca Plac św. Piotra - siłą rzeczy tam jest zawsze upał! a tu nagle wiatr... coś niesamowitego.

Papież w trakcie swojego pontyfikatu przekraczał granice, nie tylko kulturowe, ale też religijne, ponieważ zawsze miał jeden cel - chciał dotrzeć do człowieka pomimo swojej choroby. Jak czyta Pan jego walkę z samym sobą?

Stuhr: To był wielki przykład dla ludzi. To, że dzisiaj ludzie chorzy przestają się wstydzić swoich chorób, zrodziło się właśnie tam, ja przynajmniej tak uważam. On zdjął z ludzi cierpiących to odium separacji. Znam ten wstyd, te troski - jesteś izolowany, może już nigdy do nie wrócisz do bliskich. Pokazać cierpienie, zwłaszcza w tej epoce, kiedy wszyscy na siłę chcą się widzieć zdrowi, młodzi, to jest nieprzyjemna rzecz. Masz być za wszelką cenę zdrowy, a to przecież nieprawda. Zdobycie się na odwagę, aby powiedzieć 'cierpię' - moim zdaniem właśnie papież to zapoczątkował. Ja sam chyba nieświadomie czerpałem z Jego wysiłku. Pamiętam, jak już nie mógł mówić z tego okna i tak ze złością uderzył pięścią w parapet. Dał wielki przykład ludzkości, nie okazując wstydu z powodu swojej niemocy, choć oczywiście naraziło go to na krytykę z całego świata laickiego. 'Papież? Niechże sobie odpoczywa w łóżku spokojnie, nie pokazuje się, nie drażni'. Tak właśnie mówił świat, dla którego on był jakimś panem w białej sukience.

To jest właśnie ten głos wyznawców wiecznej młodości.

Stuhr: Zgadza się, a jednak mamy film "Nietykalni", francuską komedię, której bohaterem jest człowiek sparaliżowany i przynajmniej dwa miliony ludzi idą to obejrzeć. i śmieją się, ale nie wyśmiewają! Może jakieś korzenie są tam właśnie, w cierpieniu Jana Pawła II, tak. a jeśli przypomnieć sobie strzały na placu Świętego Piotra... nasz papież niósł wielki krzyż. i właśnie za to jest bardziej pamiętany - mówią 'pokolenie JP2', ale spytasz jednego czy drugiego, ja czasem studentów pytam, o czym była dana encyklika, to żaden nie wie. Ten krzyż jednak pamiętają.

Pewien doświadczony aktor powiedział mi, że za młodu chciał być lekarzem, natomiast obecnie zna wielu lekarzy, którzy chcieli być aktorami i według niego ta zbieżność wynika z tego, że w obu zawodach wymagana jest duża doza empatii, jak Pan to widzi?


Stuhr: Nie wiem, czy w zawodzie aktora potrzebna jest empatia. Znałem ludzi mało empatycznych, a którzy byli świetnymi aktorami. Raczej bym tego nie łączył. Pamiętam, że do szkoły teatralnej ludzie częściej z seminarium duchownego przychodzili. Znam również wielu nieempatycznych lekarzy, więc raczej nie łączyłbym tego zawodu z empatią. Powinno być na odwrót, ale to już raczej mówimy o ideałach. w zawodzie aktora widziałem wielu nieempatycznych ludzi. Takich, którzy dobrze obserwowali świat, choć czasem okrutnie, a potem wyzwalali to z siebie, jakby na przekór wszystkim. Zupełnie jakby ten zawód był im potrzebny, żeby uwolnić się od swoich kompleksów. Jak wspaniale tchórz potrafi grać bohatera, dlatego że chce nim być. Jest to bardzo pogmatwana i różnorodna kwestia, ale z empatią nie znajdzie raczej wspólnego mianownika.

Jak odczuwa doświadczony aktor pracę z młodzieżą?

Stuhr: To jest zupełnie coś innego, to jest pedagogika. Tutaj trzeba mieć poczucie pewnej misji. Zawsze uważałem to za najpoważniejsze zajęcie, jakie wykonuję w życiu. Jako artysta mogę się przecież pomylić, nie trafić, wszystko mi wolno. Jednak jeśli pedagog popełni błąd, pomyłka owocuje. Powie się coś, oni w to uwierzą, a potem się okaże, że to jest nieprawda. To wymaga wielkiego skupienia i cierpliwości. w pedagogice tak specyficznej jak artystyczna, trzeba czasami wyjątkowo długo czekać na efekt od tego młodego człowieka. Należy mu uzmysławiać , kim on jest, z czego ma czerpać ze swojej osobowości. Tak, to jest służba. Coraz ciężej mi jednak uczyć ze względu na różnicę pokoleniową. Powoli wycofuję z tej pedagogiki przewodnika. Dawniej właśnie byłem takim przewodnikiem duchowym, ale teraz za słabo rozumiem dzisiejszą młodzież. Mimo to mogę im wciąż być pomocny technicznie, także przerzucam się bardziej na techniczne przedmioty - takie, które bardziej uczą techniki zamiast tego, jak mówił Gombrowicz, 'ciamkania się' w sobie. Ale to chyba naturalne - różnica pokoleniowa, różnica dostępu do informacji między nami jest szalona. Zawsze daję taki przykład: prowadzę wykład, mówię, mówię i zapomniałem nazwiska poety angielskiego z XVII wieku, a coś tam cytowałem w związku z Biblią, to był chyba Milton, 'Raj utracony'. na pewno zaraz sobie przypomnę, myślę sobie, i gardłuję dalej, a za chwilę student pyta, czy to o tego chodziło, pokazując telefon. XVII wiek, Anglia... Milton. a ja bym musiał do Jagielonki najpierw iść, wypożyczyć książkę... tak wyglądała moja edukacja. i to właśnie dobrze ilustruje różnicę między nami. Tak już będzie, choć jak mowa o takich technicznych kruczkach, to widzę, że oni jeszcze ucha nadstawią. w tej chwili bardziej lubię chyba z młodymi reżyserami pracować, bo to jest coś innego, to bardziej przybiera kształt wspólnej dyskusji. Natomiast szkoła aktorska to po prostu zawodowa szkoła, uczysz zawodu i cześć - dyscypliny, techniki, żmudności, warsztatu.

Jak określiłby Pan natomiast różnicę pokoleniową w wypadku uformowanych aktorów. Jak aktor współczesny wypada na tle swoich poprzedników?

Stuhr: Dla mnie aktorstwo jest wielką sztuką kreacji. Sztuką jest dla mnie wykreować człowieka, którym nie jestem i kazać wierzyć widzowi w tego wykreowanego przeze mnie człowieka. To była zawsze dla mnie największa sztuka. Tadeusz Łomnicki był takim aktorem. Nie interesowało mnie, gdzie był prawdziwy Łomnicki, mnie interesowało, jaki on był dziś wieczór, w co on mnie omamił, w jaką fikcję kazał mi wierzyć. Dzisiaj z kolei na odwrót - docenia się bardziej decyzję obnażenia się, którą młody człowiek podejmuje. Obnażenia się fizycznego, psychicznego, ukazania swoich kompleksów, czyli czegoś, co ja zawsze szczelnie ukrywałem. Taka jest różnica.

Wybrzmiewają tutaj echa wizji teatru według Kantora tudzież Grotowskiego.

Stuhr: Może tam się to zaczęło, z tym że tam była ogromna kreacja formy. Tam widać ogrom pracy, aby to obnażenie się miało jakąś formę, a dzisiaj nawet o formę nie chodzi. Wystarczy decyzja pokazania swojej słabości. Dlatego to wszystko się intymizuje. Teatr robi się coraz bardziej kameralny, cichutki, a za tym idzie warsztat. Ci młodzi nie potrafią już grać dla 1500 osób. Gołym okiem widać, jak te sceny coraz bardziej się zmniejszają. Przychodzą tam tylko wtajemniczeni albo tacy, co chcą podglądać człowieka, a nie go oglądać i z tym teatrem mam już mniej do czynienia. Podobnie ma się sprawa z  teatrem plakatowym politycznie, który również jest mi obcy. Teatr nie powinien być polityczny według mnie. Bywał często, ale to nie jest miejsce na agitację polityczną, bo wówczas od razu robi się z tego agitacja -opowiadam się za kimś przeciwko komuś, podczas gdy ja mam zadawać pytania! Szekspir zadawał pytania ludziom. To jest moja rola - pokazać człowieka w jego złożoności, a nie mówić 'taki ma być, wierz w to, wierz w tamto'. Powoli więc odsuwam się od teatru albo szukam takich miejsc, gdzie wciąż akceptują moją wizję. Dlatego teraz mam taką małą niszę i wraz z panią Krystyną Jandą i panem Gogolewskim gramy sobie Czechowa. Co nas utwierdza, żeby to kontynuować? Ludzie chcą nas oglądać i pół roku wcześniej zamawiają bilety. To, co się dzieje w tym teatrze, zadziwia mnie. Te różnice w podejściu trzeba jednak przyjmować naturalnie. Wracam teraz do moich czasów uniwersyteckich - miałem wspaniałych pedagogów, którzy mi pokazywali tę sinusoidę estetycznych doznań różnych pokoleń. Nie ma potrzeby obrażać się na tamte pokolenia tak jak pokolenie moich ojców obrażało się na nas. 'Co?! Konradowi w Dziadach wyszła koszula z portek?! Niemożliwe!'. Najpierw pan Gogolewski stał w latach 50. jako Konrad, niedościgły wzór mężczyzny, bohatera, romantyka... a po nim przyszedł pan Trela i miotał się w epileptycznych drgawkach, walił organizmem o scenę, spocony, zziajany, żeby udowodnić, że kocha cały naród, objął w ramiona wszystkie przeszłe i przyszłe jego pokolenia przycisnął tu do łona. Tak też reagowali nasi ojcowie 'Nie, to jakieś wstrętne jest'. Jeśli się jest jednak świadomym istnienia tej sinusoidy, to się patrzy na to spokojnie. Jedna rzecz pozostaje niezmienna - służyć ludziom. Służyć ludziom, czyli wychodzić na ich zapotrzebowania, ale, tak jak mówi Andrzej Wajda - ja chcę rozmawiać z ludźmi, tylko na moich warunkach. Piękne powiedzenie, zapamiętałem je sobie i też jestem wyznawcą. Rozmawiać, nie unikać. Nienawidzę twórców, zwłaszcza teatralnych, którzy gardzą publicznością. Gdy widzę przedstawienia, gdzie gardzi się publicznością, to ja wychodzę. Publiczność, ale tylko na moich warunkach, bo inaczej zacznie się podlizywanie i chałtura. Tak też moim studenciakom gadam.

Na pewno nie można powiedzieć, że Polska ma ubogie tradycje filmowe, czego dowodem są filmy Wajdy, Hasa czy Konwickiego. Jak to się w takim razie dzieje, że główny nurt polskiej kinematografii jest w takim a nie innym stanie?

Stuhr: Ja bym to tak ujął: mieliśmy szkołę polską i moralny niepokój, czyli takie prądy kinematograficzne, które zainteresowały świat, natomiast nasza dzisiejsza bryndza polega na tym, że nie mamy takiego nurtu, który by wzbudził takie zainteresowanie. To jest właśnie nasz problem. Oglądam te polskie filmy, jak się naucza, to nie da się z tego wyrwać. Wciąż opowiadamy historyjki, które tylko nas interesują. Teraz, jako członek Akademii Europejskiej, przeglądam około czterdziestu filmów, na które mam zagłosować za pół miesiąca i takich filmów to jest na pęczki. Nas, w Europie, interesuje takie kino artystyczne, które pokazałby nam świat, którego my nie znamy. Oglądasz film irański - ubrani prawie tak samo, jedynie chustki się wyróżniają, ale autami jeżdżą takimi samymi, ulice w Teheranie porównywalne do Paryża, ale okazuje się ,że ludzie są inni. I to właśnie chcesz zobaczyć. Albo taki porządny kraj jak Austria i nagle pan Haneke albo pan Seidl pokazują, co w tych porządnych domkach siedzi. w tych rabacikach, w tych piwnicach - jakie Fritzle tam mieszkają i gwałcą swoje dzieci latami.

Podobne podejście artystyczne reprezentuje Roman Polański i jego 'Rzeź'.

Stuhr: To jest cały Polański i jego styl. Umiejętność budzenia niepokoju, który widocznie w nim tkwił całe życie. Tylko że on umiał to pokazać, a zatem umiał nadać temu formę. na tym właśnie polega jego wielkość. Niepokój, ciemna tajemnica człowieka... Dostojewski umiał to pokazać podobnie jak Polański, Kubrick albo Fellini na swój sposób. Fellini to przeciwieństwo kina, które zawsze chciało, żeby wszystko było jak najbliższe rzeczywistości. a on powiedział 'nie, wszystko będzie sztuczne, a widzowie i tak muszą uwierzyć'. Zaczyna się 'Casanova' , widać San Giorgio, tam pojawia się Wenecja, ale to morze... morze jest plastikowe! i to się dzieje w studio! a widz jednak wierzy. Natomiast kino polskie nie ma tej odwagi, to dlatego nasze filmy tylko nas interesują. Takich filmów jest 90% - duńskie, szwedzkie... Natomiast tych pięciu nominowanych to będą właśnie filmy niby takie same, współczesne, a jednak inne. Jak choćby 'Habemus papam' - to jest film, którego się nie zrobi tak po prostu. Trzeba najpierw mieć odwagę, żeby wymyślić coś takiego, ale to jednocześnie musi być proste, żeby wszyscy to zrozumieli. Zostajesz papieżem i nie masz siły wyjść na ten balkon. Ja to doskonale rozumiem i każdy powie to samo! Ja czasem w teatrze stoję za kulisami: czy będę miał siły dzisiaj, czy wytrzymam, muszę wyjść, gong już bije. Ale co to jest? To tylko jeden wieczór. Zaś wyjść na plac Świętego Piotra przed tych ludzi... Mieć taki pomysł - może raz na życie się taki trafia. w sumie to wystarczy, niech się trafia raz na życie. Taki pomysł, toutes proportions gardées oczywiście, to miałem z 'Historiami miłosnymi'. Jednym z pierwszych, którym o tym opowiedziałem, był Kieślowski, mówię mu 'Krzysiek, mam taki pomysł, czterech facetów różnych i ja gram wszystkich czterech'. Mówi 'Fantastyczne, przecież ja 'Przypadek' zrobiłem, pisz natychmiast!'. a ten pomysł to w samochodzie mi się narodził, jak jechałem z Warszawy do Krakowa. 'Jest ich czterech, tylko jak by to zrobić, żeby widz od razu wiedział, że to jest czterech różnych... trzeba by ich przebrać różnie... sutanna, mundur, kajdanki... mam! Już jest film.' Raz w życiu się tak trafi.

Występował Pan również w teatrach włoskich, co wymagało niesamowitego przygotowania językowego.

Stuhr: Przede wszystkim konieczne było uzasadnienie, dlaczego te kwestie mówi ktoś obcy - to się zawsze czuje. Ile ja wysiłku musiałem robić, żeby to umotywować i żeby widzowie to zaakceptowali. Akurat w 'Habemus papam', to oni dla mnie napisali tę rolę, więc wszystko było na swoim miejscu. Przyjąłem również inną rolę w sutannie, gram jezuitę w filmie włoskim, ale to jest Belg czy też Holender. Natomiast nie przyjąłem już roli w serialu, który Włosi robią o rodzinie Olivettich, produkowali oni maszyny do pisania, komputery. To jest o Włochach, a ja przecież nie będę grał Włocha!

W którym języku grało się Panu lepiej - po polsku, czy po włosku?

Stuhr: Nie, nie... po polsku. Zawsze grasz po polsku. Ja to tak się śmieję, że tu grasz po polsku , tu grasz po polsku , a tu się tłumaczy i wychodzą jakieś inne dźwięki, ale wszystko czujesz i grasz po polsku. i nie chcę się zmieniać, nie chcę udawać Francuza, Włocha, Anglika. Moja siła polega na tym, że jestem sobą, a tylko używam języka, żeby mnie łatwiej rozumieli, wolę nie wspomagać się napisami, chociaż są coraz powszechniejsze w teatrze. Natomiast wejść na scenę w obcym języku... już bym tego nie zrobił. To jest ciężka rzecz, ale zawsze tak kombinowałem, żeby to było uzasadnione jak choćby w wypadku 'Kontrabasisty'. z tym że on mówi 'my, muzycy niemieccy', 'u nas w orkiestrze w Niemczech to jest tak...'. Mój impresario we Włoszech przychodził po każdym przedstawieniu 'Kontrabasisty' i mówił, jakie błędy zrobiłem. Jak gadasz przez dwie godziny, to musisz się pomylić, nawet papież się mylił po włosku. Przychodzi i pokazuje 'tu zrobiłeś błąd, tam zamiast della powiedziałeś del'. Ja na to wszystko patrzę i mówię 'to poprawię, to poprawię... to zostawię' - przecież muzyk niemiecki mógł się pomylić, a publika to rozumiała i akceptowała.

Wydał Pan dziennik 'Tak sobie myślę...' Czy planuje Pan trwalszy związek z literaturą?

Stuhr: Przedwczoraj byłem w wydawnictwie literackim, bo wydałem również audiobooka. Powinien być już w księgarniach chyba. Pani redaktor mi tam powiedziała o 78 tysiącach sprzedanych egzemplarzy. Niebotyczny sukces, robią dodruk, może dojść aż do stu tysięcy i teraz błagają, żeby coś dalej napisać. Strasznie mnie namawiają, ale ja przecież nie jestem pisarzem. Dzisiaj wystarczyło, żebym powiedział w TVN, że nie czytałem swoim dzieciom wieczorem, tylko sam im wymyślałem bajki. Stworzyłem takiego bohatera, Kasperka, który codziennie miał inne przygody. Nawet nie wróciłem do domu i już ze Znaku telefon z prośbą o napisanie książki dla dzieci. Może powinienem się przekształcić? Zawsze chciałem być pisarzem, marzyłem o tym. Pomyliłem się z wyborem zawodu. Najbardziej właśnie to ja lubię pisać, ale złożyło się jednak inaczej. To jednak wciąż gdzieś wybrzmiewa. Jeśli sto tysięcy ludzi będzie chciało przeczytać moje wypociny, to może coś się z tego jeszcze narodzi, to jest niesamowity bodziec. na razie jednak nie poganiam. Uważam to za najszlachetniejszą formę wypowiedzi. Poza tym nie muszę być na artystą na godzinę dziewiętnastą. Całe życie musiałem być artystą o dziewiętnastej. To było trudne utrzymać się w tej formie, kondycji. Cały dzień jest już takie światełko 'uważaj, bo wieczorem grasz, oszczędzaj siły'. A tu nic - kartka niezapisana, do kosza, wrócimy do tego jutro. Cudowna wolność, czy też dążenie do wolności. Może te scenariusze, które pisałem, były jakimś substytutem tej tęsknoty za pisaniem. Dziwnie się życie układa człowieka, może jeszcze książkę dla dzieci napiszę...



17 Październik, 2012
Fotografie: Małgorzata Wieruszewska - portret Jerzego Stuhra i Waldemar Kopała - Stuhr w roli Szwejka, 1999

 

 




 
Komentarz
Dodaj komentarz















Mapa Strony
JP2 Love 2019 © Judyta Papp Ltd. All Rights Reserved.